PREZENTACJA KSIĄŻKI "TWORKI" (EL MANICOMIO) M. BIEŃCZYKA

16.03.2010

DSC_0373Jaume Vallcorba, dyrektor wydawnictwa Acantilado, oraz Marek Bieńczyk w siedzibie Instytutu Polskiego w Madrycie

16 marca 2010 wydawnictwo Acantilado i Instytut Polski w Madrycie serdecznie zapraszają na godzinę 19:30 na prezentację książki Marka Bieńczyka "Tworki" w księgarni Rafael Alberti.

tworki

MAREK BIEŃCZYK

Urodził się w 1956 w Warszawie. Prozaik, eseista, tłumacz Kundery i Ciorana, historyk literatury w Instytucie Badań Literackich PAN, współpracownik kwartalnika "L'atelier du roman" (Francja). Studiował romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Jest członkiem International Federation of Wine and Spirits and Writers (F.I.J.E.V.).

Rozgłos przyniosła mu powieść "Terminal" (1994), historia "ponowoczesnej" miłości dwojga stypendystów przybyłych z różnych stron świata do Francji. "Stypendysta czasu", jak sam siebie określa autoironiczny kochanek-gawędziarz jest współczesnym trubadurem, tyle że prowadzona przez niego gra jest kontemplowaniem pustki i czczości, w jaką wpędza go samowiedza i odgrywanie postaci z mitu o miłości niemożliwej. Wszystko przecież rozgrywa się na niby, w cudzysłowie, w antrakcie, jakim jest pobyt na stypendium. Jako kochanek i jako autor skazany jest na nienasycenie: na powtarzanie gestów i rytuałów podsuwanych przez kulturę, język, pamięć. Pełna finezyjnego humoru i eleganckich gier literackich, kryptocytatów, aluzji, dygresji, powieść Bieńczyka znalazła swoje dopełnienie w książce "Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty" - eseju o wrażliwości melancholijnej i jej przedstawieniach w literaturze współczesnej. Kolejna, wyróżniona przez Fundację Kultury powieść to "Tworki", której akcję umieścił autor w szpitalu psychiatrycznym w czasie II wojny. W 2001 roku, pod tytułem "Kroniki wina", ukazał się zbiór felietonów o winie publikowanych na łamach "Gazety Wyborczej".

Źródło: www.polska2000.pl, Stowarzyszenie Willa Decjusza, 2001

Proust pisał: "Obowiązkiem i zadaniem pisarza jest więc obowiązek i zadanie tłumacza". Bieńczyk jak mało kto w polskiej, a nawet szerzej: europejskiej literaturze wypełnia ten obowiązek. I nie chodzi tylko o to, że świetnie tłumaczy Kunderę (często smakując z nim wyrafinowane wina, o których pisze następnie w nie mniej wyrafinowanych felietonach), Barthesa (którego "Fragmenty dyskursu miłosnego" przetłumaczył z zazdrości, że sam ich nie napisał), Ciorana (w którym odnajduje własne upodobanie do rozpaczy unieruchomionej w bursztynie stylu), Baudelaire'a (autora rozprawy o śmiechu), Prousta (pamiętającego, że idee mieszkają wyłącznie w języku). Bieńczyk nie jest tłumaczem w potocznym znaczeniu tego słowa, choć jego sztuka translatorska godna jest podziwu. Przekładem bowiem jest całe jego pisarstwo, w którym eseje trudno oddzielić od powieści, powieści przemawiają językiem felietonu, felietony zaś odsłaniają misternie skonstruowaną biografię pisarza, który swą pisarską przygodę rozpoczynał jako historyk literatury.

Co tłumaczy Bieńczyk?

Doświadczenie utraty. Utraty bliskiej osoby, ale i utraty metafizycznej, której nie zrekompensuje niczyja obecność. Utraty pragnienia, ale i utraty głosu, którym mogłaby przemówić historia, gdyby tak starannie nie zacierano jej śladów. Jeśli tłumaczenie jest przede wszystkim spotkaniem dwóch języków, dwóch idiomów, zanurzonych w odmiennych czasach, w odmiennych kulturach, to utwory Bieńczyka pozwalają rozgościć się w ich przyjaznej przestrzeni temu wszystkiemu, co zniknęło w otchłani czasu, niewysłowione, nieme, nienazwane. Tłumaczą doświadczenie utraty na język powieści, która dawno utraciła swą niewinność. "Ja żyłem, a oni tłumaczyli" powiada w pewnym momencie narrator jednej z jego powieści, co mija się z prawdą: narratorzy Bieńczyka (których tak chętnie bierze się za samego autora) żyją po to, by tłumaczyć, choć także tłumaczą po to, by przeżyć.

Pierwsza powieść, "Terminal", "historia o miłości", jak twierdzi jej narrator, opowiada o doświadczeniu prywatnym każdego z nas, o niespełnionym pragnieniu, o dotkliwym, jakże często doświadczanym uczuciu porzucenia zamykającym w czterech ścianach samotności (gdy ukochana narratora odchodzi, zostawia mu jego własny portret: "To był jej ostatni prezent, lecz nic z siebie już nieobecnej, nic z tego, czego nie ma, na pamiątkę po stracie"). Esej "Melancholia", w którym słychać i rozważania Freuda o żałobie, i Baudelaire'owską rozpacz człowieka wyobcowanego samotności (by nie wspomnieć o Burtonie i Baudrillardzie, Baconie i Borgesie, całej armii melancholijnych panów B.), opowiada o tym, jak w kulturze europejskiej utracie umiłowanego przedmiotu towarzyszy wewnętrzne rozbicie "Ja". Bieńczyk w obydwu tych książkach nieustannie tłumaczy z języka prywatnego na język powszechny, własną biografię zamienia w alegorię, a doświadczenie kulturowe przekształca w anegdotę. Jako tłumacz wie jednak doskonale, że najboleśniejsza utrata dokonuje się w języku i dlatego trzecia jego książka, "Tworki", poświęcona jest zaniemówieniu: bohaterka, Sonia, której los nie pozwolił przetrwać Zagłady, pozostawia po sobie list, podpisany inicjałem, list domagający się odpowiedzi, list bez którego Sonia zniknie na zawsze, list, na który odpowiedzią może być tylko opowieść narratora. "Była godzina szósta rano i Sonia przy parapecie, drżąc z zimna, podpisała się, Sonia skróciła swoje imię do skromnego inicjału, żeby siebie jaką była, stąd oddalić, wstydliwie odjąć, żeby położyć z siebie ledwie znak, minimalny, jak najmniej znaczny." Ten nieznaczący znak, inicjał woła o zachowanie, a najlepszą definicją zachowania imienia własnego jest dla Bieńczyka literatura: akt opowieści, który angażuje nie tylko mówiącego, nie tylko słuchającego, ale także to, co bez opowieści na zawsze obróciłoby się w nicość. "Przychodzę więc nawoływany", pisze narrator, "przesyłkę odbieram, własnym podpisem ten nieproszony, nieadresowany dar na tylu stronach kwituję i wołam was [...] przyjedźcie [...] i czytajcie, czytajcie proszę, i święćcie imię wasze." "Tworki" są więc powieścią o imieniu własnym, a więc tym, co najbardziej własne na świecie, choć jednocześnie najbardziej obce, gdyż podzielane przez tak wielu innych. I tak brzmi według Bieńczyka definicja literatury: podpis wołający o ocalenie, ślad pisma domagający się opieki.

Nad jego tekstami unosi się Angelus Novus, przedziwna postać z obrazu Paula Klee, którą swoim godłem uczynił inny melancholik, inny żałobnik, Walter Benjamin. Anioł ten zwraca się wciąż ku przeszłości, gdzie widzi "wieczną katastrofę, która nieustannie piętrzy ruiny na ruinach". Chciałby się zatrzymać, obudzić zmarłych i scalić to, co rozbite, jednak od raju wieje wicher, który nie pozwala mu złożyć skrzydeł. Dlatego Angelus Novus mknie naprzód, zwrócony w stronę przeszłości, która obraca się wciąż w ruinę. I taka właśnie jest twórczość Marka Bieńczyka: zapatrzona w przeszłość, której zatarte ślady nie pozwalają ufnie spoglądać w przyszłość.

Źródło: Artykuł na podstawie tekstu przysłanego przez Instytut Książki w Krakowie, 2004

Bibliografia:
•"Czarny człowiek. Zygmunt Krasiński wobec śmierci" (esej), Warszawa: IBL, 1991
•"Terminal" (powieść), Warszawa: PIW, 1994
•"Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty" (esej), Warszawa: Sic!, 1998
•"Tworki", Warszawa: Sic!, 1999
•"Kroniki wina", Warszawa: Sic!, 2001
•"Oczy Dürera. O melancholii romantycznej", Warszawa: Sic!, 2002 •"Przezroczystość", Kraków: Znak, 2007

źródło: www.culture.pl

NACA167a_1